Recenzja: Scott Turow - Błędy odwracalne


Witajcie! Przepraszam za duża przerwę od ostatniej recenzji, ale wicie rozumicie rok akademicki się zaczął i studenty muszą chla... się uczyć ;-) Dzisiaj przeczytacie recenzję książki Scotta Turowa "Błędy odwracalne". Thriller prawniczy. Tak w skrócie.

A w mniejszym skrócie to książka opowiada o sprawie potrójnego morderstwa, które miało miejsce w roku 1991. Dziesięć lat później gdy skazany za popełnienie owej zbrodni przyjemniaczek imieniem Rommy Gandolph czeka na egzekucję, nieoczekiwanie pojawia się świadek, który rzuca na całą sprawę nowe światło. Obrońca Gandolpha, Arthur Raven, postanawia zawalczyć o wolność dla swojego klienta. Kurde, nie uważacie, że powinienem pisać te tekściki na tylną stronę okładki?

Przechodząc do części właściwej moich wypocin tzn. recenzji to na początek przyznam Wam się do czegoś. Jeśli istnieją jakiś typ thrillerów których nie lubię to są to thrillery prawnicze. John Grisham przysłużył się tej opinii. Przystępując do lektury "Błędów odwracalnych" miałem nadzieję na zmianę mojej opinii. Przeliczyłem się.

Po pierwsze, primo, żeby zrozumieć zawiłości fabuły trzeba by mieć amerykański system sądowniczy w małym paluszku. A ja z trudnością zrozumiałem jak działa ława przysięgłych (nota bene dzięki Grishamowi). W książce Turowa co chwila odbijamy się od jakichś sądów apelacyjnych, prokuratorów i różnych dziwnych łacińskich terminów. Too complicated for me. (1 lekcji języków obcych z "Zabili go i uciekł" poszukajcie tutaj) .

Po drugie, primo, w książce roi się od urojeń bohaterów. Zagubieni prawnicy, niekochani przez nikogo policjanci, czy nie liczące się z niczyimi uczuciami panie prokurator - tu mamy ich na pęczki. Nawet schizofreniczka się znalazła! Przy recenzji "Klina" narzekałem, że jest zbyt dużo pozytywnych postaci, tak teraz narzekam, że ich jest za mało. Turow chciał za wszelką cenę przekazać, że życie amerykańskich prawników nie jest sielanką, a jedyne co mu się udało to zirytowanie mojej skromnej osoby.

Co ratuje książkę? Na pewno rozwiązanie zagadki, a o to chyba chodzi w thrillerach, prawda? Logiczne, przemyślane i w pełni satysfakcjonujące czytelnika. Lubisz Grishama? Pędź do księgarni. W przeciwnym wypadku sięgnij po inny tytuł.

Plusy:
- sama intryga kryminalna
- fani Grishama powinni być zadowoleni

Minusy:
- zawiłości prawnicze
- rozterki bohaterów

OCENA: 65 %



Recenzja: Joanna Chmielewska - Klin


Joanna Chmielewska - KlinWbrew tytułowi książki o jakiej dzisiaj napiszę, nie zaklinowałem się z recenzjami :-) To będzie już druga w tym tygodniu po recenzji "Każdy umiera w samotności". Czego się nie robi dla wiernych Czytelników. Zapraszam Was do lektury recenzji "Klina" Joanny Chmielewskiej.

Joanny Chmielewskiej chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jedna z najpopularniejszych (o ile nie najpopularniejsza) polskich autorek kryminałów. Twórczyni serii książek o przygodach Joanny (notabene Chmielewskiej). Tłumaczona na wiele języków, ma szerokie grono wielbicieli poza granicami kraju. W Rosji wręcz uwielbiana. I w sumie po lekturze "Klina" nie wiem... dlaczego. Ale po kolei.

Książka rozpoczyna się od rozmowy telefonicznej wcześniej wspomnianej Joanny ze swoją przyjaciółką Haliną. Dość niespodziewanie do konwersacji włącza się nieznajomy człowiek. Joanna zaczyna z nim rozmawiać, w efekcie czego spotykają się jeszcze tej samej nocy. Nieznajomy jest bardzo tajemniczy, nie chce zdradzić nawet swojego imienia. Po jakimś czasie (i kilku kolejnych telefonach), spotykają się po raz drugi. W trakcie tej schadzki mężczyzna nagle wychodzi, nie podając konkretnego powodu dlaczego to robi. Joanna postanawia rozwiązać tajemnicę i poznać jego tożsamość.

"Klin" napisany jest prostym językiem. Bohaterowie rozmawiają ze sobą w ten sam przewidywalny sposób. Nie ma rozmowy bez jakiegoś żarciku. Nie żebym miał coś przeciwko, ale bez przesady, w prawdziwym życiu nie spotykamy samych wesołków. Żeby w kryminale nie było żadnego nieprzyjemnego gbura? Bez przesady... Inną wadą książki jest panujący w niej chaos. Przyznam szczerze, że pod koniec drugiej części wyraźnie się pogubiłem. Co, gdzie i jak? Trzech Januszów w jednej powieści? Nagłe olśnienia głównej bohaterki? Dziękuję, postoję. Poza tym Joanna ma dziwną skłonność do znajomości z ludźmi, którzy akurat znają rozwiązanie jej problemów. Znajomy wojskowy, radiowiec czy dziennikarz, którzy posiadają odpowiedź na nurtujące ją pytanie to chleb powszedni.

Nie podobała mi się ta książka. Nawet bardzo. Spodziewałem się czegoś lepszego po uwielbianej przez szerokie grono odbiorców Chmielewskiej. Wyszło jak wyszło, czyli skrzyżowanie Grocholi z kiepskim kryminałem klasy B. Nie polecam.

Plusy:
- wiem już czego nie czytać

Minusy:
- bałagan w fabule
- nieautentyczne postacie
- znajomi "znikąd" znający potrzebne Joannie informacje

OCENA: 35 %


Recenzja: Hans Fallada - Każdy umiera w samotności


Hans Fallada - Każdy umiera w samotnościCałkiem niedawno recenzowałem książkę traktującą o temacie hitleryzmu. Powieść, której recenzję za chwilę przeczytacie, również dotyka tego problemu. Jej akcja rozgrywa się w Berlinie, a jej bohaterami są ludzie, którzy w jakiś sposób złamali nazistowskie prawo.

Główną osią książki jest przestępstwo popełnione przeciw władzy hitlerowskiej przez małżeństwo Quanglów. Ta para w podeszłym wieku postanowiła zbuntować się po tym jak dotarła do nich wiadomość, że ich jedyny syn zginął na froncie. Otto Quangel wraz z żoną Anną po tym wydarzeniu rozpoczęli pisanie kart pocztowych i listów, w których negatywnie wyrażali się o Hitlerze i całym systemie nazistowskim. Następnie podrzucali je w różnych często uczęszczanych miejscach Berlina.

To nie jedyny sposób w jaki bohaterowie książki przeciwstawiali się władzy. Niektórzy wkraczali na drogę przestępstwa i unikania pracy, inni żyli ze szpiclowania i wyłudzania pieniędzy. Znajdowali się również tacy, którzy zakładali koła oporu. W książce znajdziemy szeroki przekrój postaw. Jednak wszystkich łączyło jedno - żyli w olbrzymim strachu. Ciągle obawiali się denuncjacji w efekcie której mogli trafić do więzienia, a nawet stracić życie. Wymowne jest to, że nawet wysokim urzędnikom hitlerowskim nieobce było to uczucie. Książka uświadomiła mi jedną rzecz, z której nie zdawałem sobie do tej pory sprawy. Zwykli Niemcy również cierpieli! Zazwyczaj dominuje postawa, w której cały naród niemiecki wrzuca się do jednego worka - jako tych złych, agresorów. Zapomina się o szarych ludziach, dla których hitleryzm nie był wcale rajem na Ziemi.

Choć zakończenie książki jest optymistyczne, to jednak większość "Każdy umiera w samotności" jest przeraźliwie smutna. Poruszający jest obraz społeczeństwa, w którym nawet żyjąc w zgodzie z prawem nie jest się do końca pewnym następnego dnia. Społeczeństwa, w którym zbrodniarze sądzą sprawiedliwych jako zbrodniarzy. Społeczeństwa, w którym role odwróciły się w taki straszny sposób.

"Każdy umiera w samotności" została wydana w 1947 roku. Była więc bardzo świeżą próbą rozliczenia się z okrucieństwami wojny, gdyż została napisana zaledwie w 2 lata po jej zakończeniu. Hans Fallada należy do grona najpopularniejszych pisarzy niemieckich XX wieku, a owa książka w znacznym stopniu się do tego przyczyniła. Mocna książka. Przeczytajcie.

Plusy:
- daje do myślenia
- portrety psychologiczne bohaterów
- obraz ówczesnego Berlina

Minusy:
- akcja rozkręca się powoli

OCENA: 94 %

Z kryminałem przez świat - Szkocja



Witojcie! A raczej powinienem powiedzieć: good evening! Choć w sumie wymawiając ze szkockim akcentem pewnie brzmi to podobnie do "Witojcie!". Co ja chcę od tych biednych Szkotów? Ano chcę trochę popisać o ichniejszych pisarzach kryminalno-sensacyjnych. Tak bystrzaki, dziś nie będzie recenzji. Zakładajcie więc kilty, bierzcie dudy pod pachę i ruszajcie z "Zabili go i uciekł" na wyprawę do deszczowej Szkocji.

Dawno temu, bo 22 maja 1859, kiedy nawet najbardziej przewidujący Szkoci nie byli w stanie wymyślić, że za 150 lat pół kraju będzie wielbić Artura Boruca, w Edynburgu przyszedł na świat Arthur Conan Doyle. Pan Arthur wywodził się z nieco patologicznej rodziny. Ojciec alkoholik często bił (a raczej "prał") matkę praczkę. Na szczęście Doyle nie przejawiał takich zamiłowań jak ojczulek i postanowił zająć się pisaniem. Efektem uporczywego skrobania piórem po papierze jest postać Sherlocka Holmesa, chyba najbardziej zakorzenionego w społecznej świadomości literackiego detektywa (no bo kto go może przebić? Herkules Poirot? Chyba nie...). Po raz pierwszy postać genialnego postrachu złoczyńców pojawia się w powieści "Studium w szkarłacie" (1887). No a potem to już poleciało... 3 kolejne powieści i 57 opowiadań, sprawiło, że postać mistrza dedukcji i jego pomocnika dra Watsona, wryła się w pamięć czytelników aż po dziś dzień.

Innym popularnym Szkotem zajmującym się pisaniem kryminałów jest Alistair MacLean. Do pisania swoich książek sensacyjnych wykorzystywał doświadczenia wyniesione ze służby na krążowniku brytyjskiej marynarki wojennej w trakcie II wojny światowej. A tych musiało być sporo, bo napisał ponad 20 książek. Większość rozgrywa się w klimatach okołowojennych. Charakteryzuje je szybka akcja i nieustraszeni bohaterowie. Do najsłynniejszych należy cykl o komandosach z Nawarony, który doczekał się ekranizacji. Co ciekawe, MacLean w latach 1963-66 przeżywał mały kryzys twórczy. Rzucił wtedy pisanie na rzecz pracy w hotelu. Szkoda, bo pewnie w tym czasie napisałby kilka świetnych powieści.

Teraz ktoś z czasów nam bliższych. Stuart MacBride, bo o nim mowa, jest twórcą postaci Logana McRae, detektywa ze szkockiego Aberdeen. Logan lubi zalewać pałę, rzucać mięsem i ryzykować życiem dla rozwiązania sprawy. Mam nadzieję, że MacBride nie wzorował jego postaci na sobie. W książkach tej serii możemy uświadczyć opisy rzeczywistych obiektów architektonicznych Aberdeen. Tak więc jeśli ktoś potrzebuje przewodnika po tym mieście to niech sięgnie po książki MacBride'a. Może wędrując po Aberdeen spotkacie samego autora, mieszkającego tam z żoną Fioną i... kotem?

Na koniec żeński rodzynek. Val McDermid w Polsce popularność zdobyła kryminałami, których bohaterami są Tony Hill i Carol Jordan. Psycholog i detektyw jeśli kogoś to interesuje ;-) Dotychczas ukazały się u nas trzy książki z tej serii. W oryginale można przeczytać ich sześć. Oprócz nich autorka popełniła dwie serie, których bohaterami są lesbijka i prywatny detektyw. Apropos lesbijek to pani Val ten temat nie jest obcy. Otwarcie przyznaje się do swojej orientacji seksualnej, co więcej wraz z byłą partnerką wychowują syna poczętego w wyniku zapłodnienia in-vitro.

To by było na tyle jeśli chodzi o podróż po Szkocji. Mógłbym opisać jeszcze paru autorów (chociażby Rankina) jednak w obawie o to, że zbytnio przemokniecie i przewieje Was zimny, szkocki wiatr, już zakończę. Pozdrowienia znad kufla szkockiego ale!

Recenzja: Dashiell Hammett - Papierowy człowiek


Dashiell Hammett - Papierowy człowiekDzisiaj zrecenzuję czarny kryminał. Nie chodzi mi tylko o to, że jego okładka jest czarna :-) Czarny kryminał to taka powieść, której akcja rozgrywa się po jakichś spelunach, prowadzący śledztwo potrafi zachowywać się gorzej od ściganych przez siebie przestępców, a wszystko rozgrywa się w oparach alkoholu. Pewnie dla niejednego z Was takie klimaty brzmią znajomo, szczególnie pod koniec weekendu, dlatego nie przedłużam i przechodzę do pastwienia się nad książką.

A więc tym razem nasz parszywy detektyw nazywa się Nick Charles. Żyje sobie w Ameryce lat 30., ciągle liżącej rany po Wielkim Kryzysie. Jako, że to kryminał to długo on tak sobie spokojnie nie pożyje. Pojawia się więc i zgon. Jego ofiarą pada Julia Wolf, sekretarka wynalazcy-czubka Clyde'a Wynanta (trochę polskie to nazwisko, co nie?). Jako, że Nick zna osoby zamieszane w sprawę, sam się do niej włącza (choć początkowo zapiera się przed tym rękami i nogami).

Czytając książkę dobrze się bawiłem. A to za sprawą zabawnych dialogów prowadzonych pomiędzy nie mniej zabawnymi bohaterami. Niektórym mogą się one wydawać banalne, jednak ja uważam, że doskonale budują klimat książki. Jeśli ktoś nie lubi książki złożonej głównie z dialogów to niech lepiej nie sięga po "Papierowego człowieka", gdyż stanowią dobre 2/3 jego objętości. A jak już przeczytałem te wszystkie dialogi i doszedłem do zakończenia to również się nie rozczarowałem. Zaskakujące (choć mnie rzadko kiedy nie zaskakują zakończenia ;-)) i logicznie umotywowane. A o to chyba w tym wszystkim chodzi.

"Papierowy człowiek" to solidny kryminał. Oprócz intrygi znajdziemy w nim również garść informacji o stosunkach społecznych panujących w "pokryzysowej" Ameryce. Bez fajerwerków, ale warto przeczytać.

Plusy:
- klimat Nowego Jorku lat 30.
- barwne postacie
- zarys problemów ówczesnej Ameryki

Minusy:
- eee... "Sokół maltański" był lepszy?

OCENA: 84%

Recenzja: Krzysztof Kąkolewski - Co u pana słychać?


Krzysztof Kąkolewski - Co u pana słychać?
Dzisiaj będzie bardziej kryminalnie niż ostatnio. Nie, nie zrecenzuję kryminału. Dzisiaj na tapecie książka o kryminalistach. Hitlerowskich kryminalistach. Ściślej rzecz biorąc wojskowych i naukowcach tego chorego systemu. Co u nich słychać?

Odpowiedzi na to pytanie podjął się w latach 70. XX wieku polski dziennikarz Krzysztof Kąkolewski. Spośród tysięcy hitlerowców wybrał on ósemkę, z która postanowił porozmawiać. Jakie były kryteria wyboru? Autor szukał pośród osób uniewinnionych przez sąd. Chciał, żeby mieli poczucie bezpieczeństwa, pewność, że kara ich już nie dosięgnie. Dodatkowo, aby zwiększyć dystans pomiędzy sobą a przesłuchiwanymi korzystał z pomocy tłumaczów, choć sam Kąkolewski doskonale znał niemiecki.

Do skutku doszło siedem rozmów, gdyż jeden hitlerowiec nie dożył odwiedzin Kąkolewskiego. Z owych "wywiadów" wynika przerażający obraz. Żaden z odpytywanych nie poczuwał skruchy, a tym bardziej nie kwapił się do przeprosin. Ale w sumie czego można się po nich spodziewać? Praktycznie każdy starał się umniejszyć swój udział w zbrodniach, bądź też wyprzeć się ich całkowicie. Kąkolewski umiejętnie prowadził rozmowy, zadając interesujące pytania. Wielokrotnie przedstawiał się jako potencjalna ofiara i pytał Niemców kim byłby gdyby ich chore plany zostały zrealizowane. Przerywnikami pomiędzy rozmowami są w książce wstawki reporterskie, w których zawarte są sposoby dotarcia do nazistów, rozmowy ze świadkami, a także znalazło się miejsce dla relacji ze zjazdu neofaszystowskiej partii NPD.

Książka jest ciekawa nie tylko dla interesujących się historią. Powinna znaleźć uznanie w oczach osób, którym bliska jest psychologia i badanie zachowań ludzkich. Czyli w zasadzie u większości z nas ;-) Dobra, koniec tego dobrego, lecę oglądać Adamka.

Plusy:
- ciekawy temat
- próby dotarcia do psychiki hitlerowców
- kontrowersyjna

Minusy:
- kontrowersyjna
- monotonna (wywiad za wywiadem)

OCENA: 78 %

Recenzja: Terry Pratchett - Kolor magii


Terry Pratchett - Kolor magii
Straciłem dziewictwo. Nawet nie bolało. A zaraz Wam opowiem jak to było... Nie, nie bójcie się! To nie będzie opis moich łóżkowych przygód. Chyba słyszałem okrzyk ulgi. Przejdźmy już lepiej do recenzji.

Zachodzicie w głowę o co chodzi mi z tym dziewictwem? Już wyjaśniam. Otóż Wasz drogi recenzent stracił dziewictwo z książkami fantasy. Samemu trudno mi w to uwierzyć, ale mimo, że przeczytałem w życiu już setki książek to ta była pierwszą z tego gatunku. I jak to zazwyczaj jest z pierwszym razem, wrażenia były pozytywne ;-)

W książce "Kolor magii" przenosimy się do Świata Dysku, który upstrzony jest magami i przedziwnymi stworzeniami jak Warszawa sklepami monopolowymi. Poznajemy jednego z owych magów, niejakiego Rincewinda. Dziwny z niego czarodziej ponieważ zna tylko jedno zaklęcie, którego i tak nie może wypowiedzieć. Nasz biedak, ma (nie)szczęście trafić na innego cudaka - Dwukwiata, turystę, który zawitał do miasta Ankh-Morpork. Owy Dwukwiat jest kimś w rodzaju Martyny Wojciechowskiej. Chce poznać nowe kultury z drugiego końca Świata Dysku, jednocześnie przeżywając niezapomnianą przygodę. Zatrudnia więc Rincewinda jako przewodnika i chłopaki ruszają w świat.

Powiecie, że banalnie się zaczyna? Przyznaję rację, ale to co się zaczyna dziać potem to już istne cuda na kiju :-D Przygoda pogania przygodę, a co następna to lepsza. Pratchett we wszystko wplata genialne aluzje do codziennego świata. Książka została wydana pierwszy raz w 1983 i do tej pory w ogóle się nie zdezaktualizowała. Co i rusz autor daje nam prztyczek w nos, wytykając wady i tendencyjne zachowania. Robi to z wielką lekkością, dlatego w żadnym wypadku nie odczuwa się moralizatorskiego tonu.

"Kolor magii" to książka warta przeczytania. Jak już wspomniałem był to mój "pierwszy raz" z fantasy i wrażenia były jak najbardziej pozytywne, tak więc myślę, że jeśli ktoś tak jak do niedawna ja jest "dziewicą" w tym gatunku to może zacząć przygodę z nim od tej książki. Howgh!

PS. Przepraszam, że znowu nie kryminał, no ale "pierwszy raz" ważniejszy ;-)

Plusy:
- humor
- mnóstwo przygód
- aluzje Pratchetta!

Minusy:
- można się pogubić w regułach rządzących Światem Dysku
- niewyjaśnione wątki (np. jaki to czar zna Rincewind)

OCENA: 86 %

Recenzja: Włodzimierz Bart - Warneńczyk


Włodzimierz Bart - Warneńczyk
Blog ma jeszcze mleko pod nosem, ale już łamie zasady. Dlaczego? Bo dziś zamiast kryminału - powieść historyczna. Do jej przeczytania zmusił mnie sposób w jaki wpadła w moje ręce. Dość niekonwencjonalny...

Spieszę z wyjaśnieniami, moi ciekawscy. Otóż pewnego sierpniowego popołudnia autor niniejszego bloga wędrował po uliczkach warszawskiej Starówki. Jego wzrok wędrował po twarzach pięknych dziewcząt, które co i rusz posyłały mu promienne uśmiechy. I kiedy miał odwzajemnić jeden z nich zauważył samotną książkę leżąca na ławce. Podszedł, obaczył, rozejrzał się dokoła jak wytrawny złodziejaszek, po czym schował ją do plecaka i przyniósł do domu.

Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z ową książka. Jej fabuła osnuta jest wobec osoby Władysława Warneńczyka. XV-wiecznego króla Polski, a potem i Węgier, jeśli ktoś nie uważał w szkole na historii. Obejmuje czas od objęcia tronu w wieku 10 lat (mój Boże, ja w tym wieku to jeszcze nie umiałem czytać - teraz nadrabiam ;-) do 20 roku życia. Czemu tak krótko? Tu znowu odwołam się do waszej wiedzy historycznej. Czytając poznajemy żywot króla, jego decyzje i dylematy, rozgrywki o władzę i zakulisowe działania doradców. Wow, to zdanie mogłoby znaleźć się na tylnej stronie okładki.

"Warneńczyk" napisany jest językiem tamtej epoki, uświadczymy tu dużo archaizmów i słów o których nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Choć może takie wrażenie wynikało z mojego ubogiego zasobu słów... Nieważne. Książka trzyma się ściśle faktów historycznych, choć momentami chyba zbyt bardzo. Miałem wrażenie, że Bart pisał ją z encyklopedią w ręku - no dobra, tu i wtedy, został królem, co tam mamy później... walka o władzę w Czechach... no to sru, jak najszybciej do kolejnego punktu życiorysu. Mam nadzieję, że zrozumieliście o co mi chodzi ;-) Nie? To lecimy dalej. Książka jest niewątpliwie laurką dla młodego króla. Na ostatniej stronie, narrator wręcz jawnie potępia jednego z doradców króla. Nie lubię takie prowadzenia za rękę, panie Bart, zdecydowanie bardziej wolę sam wyciągać wnioski.

Wystarczy. Jak ktoś lubi książki historyczne może dodać do oceny z 10 %.

Plusy:
- duża dawka wiedzy podana w przystępny sposób
- dbanie o odwzorowanie realiów epoki

Minusy:
- liniowość
- "prowadzenie za rękę" czytelnika
- przewidywalność

OCENA: 54 %

Recenzja: Nelson DeMille - Gra Lwa


Nelson DeMille - Gra Lwa
Wbrew pozorom akcja tej książki nie rozgrywa się na sawannie, a jej bohaterowie nie uganiają się z dubeltówką za wyrośniętym kotem. Choć w sumie coś w tym jest... Ale po kolei.



Główny bohater, John Corey, 45 lat, były policjant, obecnie pracujący w nowojorskich siłach antyterrorystycznych (ATTF). Wcześniej znany z innej książki DeMille'a pt. "Śliwkowa wyspa". Jak sam siebie określa: "Szowinistyczna męska świnia, antyfeminista, opowiadający seksistowskie dowcipy." Trudno się z tym nie zgodzić. Żarty pana Coreya trafiły w moje wysublimowane poczucie humoru (a jest ono "wysublimowane" aż za bardzo). Znalazł się nawet jeden o Polakach. Ale tu już odsyłam Was do książki. Detektyw ma koleżankę. Z pracy. Bardzo ładną. Każdy z nas ma kogoś takiego. Może niekoniecznie nazywa się Kate Mayfield, ma 31 lat, i pochodzi z Kalifornii, ale jednak. Pani Mayfield pomaga panu Coreyowi w złapaniu pewnego parszywego typa. Owy parszywiec nazywa się Asad Khalil, pochodzi z Libii i przyjechał do USA pomścić śmierć swojej rodziny. Na początek morduje blisko 300 osób na pokładzie samolotu lecącego z Paryża i znika gdzieś, hen, w Ameryce. Nie owijając w bawełnę, zwykły terrorysta. No dobra, ale o chodzi z tym Lwem, zapytacie. Już wyjaśniam. Lekcja języka arabskiego z "Zabili go i uciekł", część 1. Asad po arabsku znaczy lew. Jak widzicie, mój blog poszerza horyzonty. Wracając do samej książki. Fabuła opiera się w głównej mierze na poszukiwaniach Lwa. Corey musi się użerać z ważniakami z FBI i CIA, ale jako twardy nowojorski glina daje radę. Detektyw Mayfield dzielnie go w tym wspiera. Książkę czyta się szybko, choć moje wydanie (Fabryka Sensacji, 2010) jest pełne literówek. Jak komuś to przeszkadza, może sięgnąć po kieszonkowe wydanie z Albatrosa. A zaprawdę powiadam Wam, że warto. Akcja wartka, postacie wyraziste i dobrze zarysowane, a postać Coreya to już w ogóle mistrzostwo. Powtórzę się, ale mogę to powtarzać w nieskończoność, chylę głowę przed poczuciem humoru pana DeMille'a. Rzadko mi się zdarza wybuchać śmiechem właściwie co rozdział. A tak było w przypadku gry Lwa. Polecam!

Plusy:
- John Corey i jego żarty!
- ciekawie zarysowany problem terroryzmu
- fascynująca intryga

Minusy:
- za szybko się skończyła
- literówki

OCENA: 93%




Witajcie,
pierwszego posta nigdy nikt nie czyta, jednak mimo wszystko zaryzykuję ;-) Jak już zapewne dociekliwi czytelnicy się domyślili, blog na którym jesteście, będzie zawierał porady dotyczące konserwacji i zasad użytkowania konewek ogrodowych. Wiem, wiem, suchar! Nie mogłem sobie jednak go odmówić. Dobra, bo piszę już 4 linijkę a nie przeszedłem jeszcze do sedna sprawy. Na moim blogu znajdziecie recenzje wszelkiej maści kryminałów, thrillerów czy książek sensacyjnych. Dlaczego tych a nie innych? Bo owe lektury stanowią większość z tego co czytam. Będzie coś oprócz tych gatunków? Pewnie będzie, bo nie samymi morderstwami człowiek żyje ;-) Być może od czasu do czasu naskrobię coś innego niż recenzje, ale nie obiecuję. Czytajcie, bo kto czyta nie błądzi!