Recenzja: Włodzimierz Bart - Warneńczyk


Włodzimierz Bart - Warneńczyk
Blog ma jeszcze mleko pod nosem, ale już łamie zasady. Dlaczego? Bo dziś zamiast kryminału - powieść historyczna. Do jej przeczytania zmusił mnie sposób w jaki wpadła w moje ręce. Dość niekonwencjonalny...

Spieszę z wyjaśnieniami, moi ciekawscy. Otóż pewnego sierpniowego popołudnia autor niniejszego bloga wędrował po uliczkach warszawskiej Starówki. Jego wzrok wędrował po twarzach pięknych dziewcząt, które co i rusz posyłały mu promienne uśmiechy. I kiedy miał odwzajemnić jeden z nich zauważył samotną książkę leżąca na ławce. Podszedł, obaczył, rozejrzał się dokoła jak wytrawny złodziejaszek, po czym schował ją do plecaka i przyniósł do domu.

Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z ową książka. Jej fabuła osnuta jest wobec osoby Władysława Warneńczyka. XV-wiecznego króla Polski, a potem i Węgier, jeśli ktoś nie uważał w szkole na historii. Obejmuje czas od objęcia tronu w wieku 10 lat (mój Boże, ja w tym wieku to jeszcze nie umiałem czytać - teraz nadrabiam ;-) do 20 roku życia. Czemu tak krótko? Tu znowu odwołam się do waszej wiedzy historycznej. Czytając poznajemy żywot króla, jego decyzje i dylematy, rozgrywki o władzę i zakulisowe działania doradców. Wow, to zdanie mogłoby znaleźć się na tylnej stronie okładki.

"Warneńczyk" napisany jest językiem tamtej epoki, uświadczymy tu dużo archaizmów i słów o których nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Choć może takie wrażenie wynikało z mojego ubogiego zasobu słów... Nieważne. Książka trzyma się ściśle faktów historycznych, choć momentami chyba zbyt bardzo. Miałem wrażenie, że Bart pisał ją z encyklopedią w ręku - no dobra, tu i wtedy, został królem, co tam mamy później... walka o władzę w Czechach... no to sru, jak najszybciej do kolejnego punktu życiorysu. Mam nadzieję, że zrozumieliście o co mi chodzi ;-) Nie? To lecimy dalej. Książka jest niewątpliwie laurką dla młodego króla. Na ostatniej stronie, narrator wręcz jawnie potępia jednego z doradców króla. Nie lubię takie prowadzenia za rękę, panie Bart, zdecydowanie bardziej wolę sam wyciągać wnioski.

Wystarczy. Jak ktoś lubi książki historyczne może dodać do oceny z 10 %.

Plusy:
- duża dawka wiedzy podana w przystępny sposób
- dbanie o odwzorowanie realiów epoki

Minusy:
- liniowość
- "prowadzenie za rękę" czytelnika
- przewidywalność

OCENA: 54 %

Recenzja: Nelson DeMille - Gra Lwa


Nelson DeMille - Gra Lwa
Wbrew pozorom akcja tej książki nie rozgrywa się na sawannie, a jej bohaterowie nie uganiają się z dubeltówką za wyrośniętym kotem. Choć w sumie coś w tym jest... Ale po kolei.



Główny bohater, John Corey, 45 lat, były policjant, obecnie pracujący w nowojorskich siłach antyterrorystycznych (ATTF). Wcześniej znany z innej książki DeMille'a pt. "Śliwkowa wyspa". Jak sam siebie określa: "Szowinistyczna męska świnia, antyfeminista, opowiadający seksistowskie dowcipy." Trudno się z tym nie zgodzić. Żarty pana Coreya trafiły w moje wysublimowane poczucie humoru (a jest ono "wysublimowane" aż za bardzo). Znalazł się nawet jeden o Polakach. Ale tu już odsyłam Was do książki. Detektyw ma koleżankę. Z pracy. Bardzo ładną. Każdy z nas ma kogoś takiego. Może niekoniecznie nazywa się Kate Mayfield, ma 31 lat, i pochodzi z Kalifornii, ale jednak. Pani Mayfield pomaga panu Coreyowi w złapaniu pewnego parszywego typa. Owy parszywiec nazywa się Asad Khalil, pochodzi z Libii i przyjechał do USA pomścić śmierć swojej rodziny. Na początek morduje blisko 300 osób na pokładzie samolotu lecącego z Paryża i znika gdzieś, hen, w Ameryce. Nie owijając w bawełnę, zwykły terrorysta. No dobra, ale o chodzi z tym Lwem, zapytacie. Już wyjaśniam. Lekcja języka arabskiego z "Zabili go i uciekł", część 1. Asad po arabsku znaczy lew. Jak widzicie, mój blog poszerza horyzonty. Wracając do samej książki. Fabuła opiera się w głównej mierze na poszukiwaniach Lwa. Corey musi się użerać z ważniakami z FBI i CIA, ale jako twardy nowojorski glina daje radę. Detektyw Mayfield dzielnie go w tym wspiera. Książkę czyta się szybko, choć moje wydanie (Fabryka Sensacji, 2010) jest pełne literówek. Jak komuś to przeszkadza, może sięgnąć po kieszonkowe wydanie z Albatrosa. A zaprawdę powiadam Wam, że warto. Akcja wartka, postacie wyraziste i dobrze zarysowane, a postać Coreya to już w ogóle mistrzostwo. Powtórzę się, ale mogę to powtarzać w nieskończoność, chylę głowę przed poczuciem humoru pana DeMille'a. Rzadko mi się zdarza wybuchać śmiechem właściwie co rozdział. A tak było w przypadku gry Lwa. Polecam!

Plusy:
- John Corey i jego żarty!
- ciekawie zarysowany problem terroryzmu
- fascynująca intryga

Minusy:
- za szybko się skończyła
- literówki

OCENA: 93%




Witajcie,
pierwszego posta nigdy nikt nie czyta, jednak mimo wszystko zaryzykuję ;-) Jak już zapewne dociekliwi czytelnicy się domyślili, blog na którym jesteście, będzie zawierał porady dotyczące konserwacji i zasad użytkowania konewek ogrodowych. Wiem, wiem, suchar! Nie mogłem sobie jednak go odmówić. Dobra, bo piszę już 4 linijkę a nie przeszedłem jeszcze do sedna sprawy. Na moim blogu znajdziecie recenzje wszelkiej maści kryminałów, thrillerów czy książek sensacyjnych. Dlaczego tych a nie innych? Bo owe lektury stanowią większość z tego co czytam. Będzie coś oprócz tych gatunków? Pewnie będzie, bo nie samymi morderstwami człowiek żyje ;-) Być może od czasu do czasu naskrobię coś innego niż recenzje, ale nie obiecuję. Czytajcie, bo kto czyta nie błądzi!